Wychowałam się w kraju,
w którym od zawsze „na głupoty” nie było ani czasu, ani
pieniędzy, ani – co bywa przeszkodą większą od wcześniej
wymienionych – akceptacji społecznej. W taki sposób w mojej
głowie powstała długa lista marzeń „nie do spełnienia”.
Czy oby na pewno?
Po wyprowadzce i
uniezależnieniu się od wpływu socjalizacji pierwotnej oraz
wtórnej, a także dzięki otwartości partnera na moje szalone
pomysły okazało się, że pewne rzeczy z listy da się „odhaczyć”.
Co więcej, można złapać niezłego bakcyla!
A więc, że tak
sparafrazuję: Nie ma ch.ja i do przodu!
Jako dzieciak czytałam
serię powieści przygodowych, których tytułów niestety nie
pamiętam, a które wciągnęły mnie w odmęty głębin morskich,
soczystych opisów wodnych stworów i niesamowitych wraków
zatopionych statków. Nie będzie więc chyba zaskoczeniem, że
wysoko na mojej liście marzeń nieosiągalnych znalazło się
nurkowanie.
W zeszłym roku wraz z
moim partnerem wybraliśmy się na wakacje na Rodos (tak, podróże
były również na liście). Jako, że jesteśmy aktywnymi turystami,
podczas planowania wyprawy przeglądaliśmy różne fora i strony
opisujące miejsce. Chcieliśmy oczywiście zobaczyć WSZYSTKO!
Gorąca grecka wyspa oznacza niezliczoną ilość miejsc
historycznych, stanowisk archeologicznych, nowych dla naszych oczu
widoków morza, sadów oliwnych czy pofałdowanych surowych
wzniesień.
Nawet mi do głowy nie
przyszło, aby pomyśleć o nurkowaniu. Na szczęście mój partner
przeczytał takie ogłoszenie z jednej ze stron internetowych. Iskry
mi się zapaliły w oczach od razu, jak o tym usłyszałam –
przynajmniej tak sama sobie wyobrażam własną reakcję. Krótko
mówiąc – napaliłam się! Jak dzieciak wybierający smaki lodów
bez rodzicielskich ograniczeń, napisałam maila do firmy
organizującej szkolenie z zamówieniem oferty na 2 nurkowania:
pierwsze było dość płytko – dla nowicjuszy, a drugie dwukrotnie
głębiej z wpłynięciem do jaskini. Jakie było moje zdziwienie,
gdy odpisano mi, że zrobimy pierwsze nurkowanie, a później się
zobaczy, czy oby na pewno będę chciała podejść do drugiego.
Odpisałam, że spoko, ale pomyślałam: jak to – ja nie zrobię??
Przecież tak mocno chcę!!
Nadeszła wyczekiwana
chwila. Niebo było wysokie i błękitne, morze piękne, a w oddali
na horyzoncie pływały różnego rodzaju jachty, stateczki, barki i
inne morskie stwory zmajstrowane przez cywilizację.
Była nas spora grupka:
pięcioro początkujących i kilkoro starych wyjadaczy. Grupa była
mieszana, ale wśród „starych wyg” dominowali Niemcy - bardzo
sympatyczna grupka, która jako jedyna posiadała własny ekwipunek.
Moje doświadczenie z Niemcami jest jak do tej pory pozytywne. Wysoko
ich cenię jako ludzi posiadających zainteresowania i nie bojących
się w nie inwestować. Wśród instruktorów przeważali Grecy, była
również Polka – studentka, która co roku jeździła w to miejsce
aby zarobić sobie trochę grosza pracując w jednym z hoteli.
Podczas wyjazdów wyrobiła sobie uprawnienia i zmieniła zawód.
Dobrze nam się rozmawiało, okazała się również bardzo dobrą
instruktorką.
Po wypełnieniu formularzy
odnośnie chorób, wyznaczeniu osoby, która ma dostać wiadomość o
ewentualnym niewypłynięciu itp. przyszedł czas na wciśnięcie się
w strój nurka. Ponieważ jest „gumowy” i obcisły, najlepiej
robiło się to „na mokro”, czyli w wodzie. Później: założenie
ciężarków na pas, kamizelka z butlą, mechanizm doprowadzający
powietrze oraz gogle.
Pierwsza część polegała
na wyjaśnieniu, jak działa sprzęt, jak się go używa oraz
objaśnieniu podstawowego języka migowego nurków (np. jak pokazać,
że chcesz na powierzchnię).
Zabawne, ile trudności
przyniosło biorącym pierwszy raz udział dziewczynom naplucie w
gogle (żeby nie zachodziły parą)!
Później pierwsza próba.
I właśnie wtedy zrozumiałam, czemu nie można się z góry zapisać
z na dodatkowe nurkowanie! Nauka odbywała się na początku na
głębokości około 2 – 3 metrów, był z nami instruktor i kilka
osób asekurujących. Pływali wokół jak rekiny, dynamicznie
przemieszczając się od kadeta do kadeta, sprawdzając, czy oby
wszyscy są nadal obecni nie tylko ciałem.
Moje pierwsze wrażenia
były straszne. Nie bałam się tak ani wspinając się po ściance,
gdy trzeba zaufać osobie trzymającej linę, ani przeciskając się
przez szczeliny ciemnej i wilgotnej jaskini (zrealizowane z listy).
Po raz chyba pierwszy w życiu poczułam klaustrofobię. Dopadła
mnie świadomość, że jestem uwięziona w malutkim pomieszczonku,
jakim jest strój nurka, a wokół napierają na mnie ściany wody.
Jest to jedyne pomieszczenie skąpo dostarczające mi życiodajnego
powietrza. Ciężko oddychałam sapiąc w maskę. Z trudem
powstrzymywałam się przed odruchem zerwania jej z twarzy. A
tymczasem nogi prowadziły mnie coraz głębiej w ślad za
instruktorem, który co jakiś czas niewerbalnie pytał, czy wszystko
dobrze. Nie chciałam rezygnować, ale natrętna myśl powracała:
uduszę się, nie dam rady… I wtedy zaczęliśmy płynąć.
W części teoretycznej powiedziano nam, jaką pozycję należy przyjąć, żeby móc swobodnie oddychać. I nie była to przypisana człowiekowi przez ewolucję pozycja wyprostowana. Gdy płynęłam, skąpy dotąd mechanizm wentylacji zaczął wreszcie tolerować mnie w głębinach wodnych i łaskawie obdarzył w miarę normalnym oddechem. Wtedy zobaczyłam, jak jedna czy dwie osoby z grupy wypływają na powierzchnię, rezygnując z dalszej przygody. Nie dziwię im się, choć później było mi ich szkoda. Cała przyjemność miała się dopiero rozpocząć. W pewnym momencie przestałam zupełnie myśleć o oddychaniu, poczułam się świeża i lekka. Błękitna jasna woda delikatnie muskała mnie ze wszystkich stron, światło słoneczne przebijało się przez fale tworząc magiczną atmosferę. Z rzadka mijane ryby przepływały obok ignorując nas, jak byśmy tworzyli sąsiadującą ławicę. Wpłynęliśmy pod zacumowany stateczek. Obrazy karmiły moje wygłodniałe zmysły sutą ucztą kolorów i smakiem słonej wody. Cóż, trzeba było wracać, a ja dopiero zaczynałam się tym wszystkim delektować…
Oczywiście, krótki
odpoczynek i drugie nurkowanie! Byłam jedyną osobą z grupy tych,
co to był ich pierwszy raz. Nikt inny nie zdecydował się na drugie
podejście. A przecież ten błękit, to światło… I obiecana
jaskinia!
Tak, drugie nurkowanie to
było TO przeżycie. Płynęłyśmy z instruktorką (Polka, o której
wspomniałam) w kierunku ciemnej jamy. Początkujący nie mogą
właściwie nurkować w jaskiniach, na to potrzebne są bardziej
zaawansowane szkolenia i doświadczenie. Jednak ta jaskinia była
malutka i raczej nie dało się w niej zgubić. Pewnie dlatego
zaistniała taka możliwość. Cała była wypełniona wodą, miała
ciemne, niemal czarne, poszarpane, ostre brzegi, pomiędzy którymi
przepięknie, niczym perły, błyszczały pęcherzyki powietrza.
Porastały je jakieś kolorowe ni to rośliny, ni to zwierzęta. Dla
mnie to było jak eksplozja wrażeń, więcej na pierwszy raz nie
potrzebowałam! W jaskini byłyśmy kilka minut, natomiast całe
drugie podejście trwało około 50 minut. To było coś wspaniałego!
Tak, złapałam bakcyla i chcę więcej! Dodatkowo odebrałam ciekawą
lekcję, że warto przezwyciężać własne lęki, bo mogą one
torować drogę do pięknego doświadczenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz