niedziela, 31 lipca 2016

Marzenia "nie do spełnienia"


Wychowałam się w kraju, w którym od zawsze „na głupoty” nie było ani czasu, ani pieniędzy, ani – co bywa przeszkodą większą od wcześniej wymienionych – akceptacji społecznej. W taki sposób w mojej głowie powstała długa lista marzeń „nie do spełnienia”.
Czy oby na pewno?

Po wyprowadzce i uniezależnieniu się od wpływu socjalizacji pierwotnej oraz wtórnej, a także dzięki otwartości partnera na moje szalone pomysły okazało się, że pewne rzeczy z listy da się „odhaczyć”. Co więcej, można złapać niezłego bakcyla!

A więc, że tak sparafrazuję: Nie ma ch.ja i do przodu!

Jako dzieciak czytałam serię powieści przygodowych, których tytułów niestety nie pamiętam, a które wciągnęły mnie w odmęty głębin morskich, soczystych opisów wodnych stworów i niesamowitych wraków zatopionych statków. Nie będzie więc chyba zaskoczeniem, że wysoko na mojej liście marzeń nieosiągalnych znalazło się nurkowanie.

W zeszłym roku wraz z moim partnerem wybraliśmy się na wakacje na Rodos (tak, podróże były również na liście). Jako, że jesteśmy aktywnymi turystami, podczas planowania wyprawy przeglądaliśmy różne fora i strony opisujące miejsce. Chcieliśmy oczywiście zobaczyć WSZYSTKO! Gorąca grecka wyspa oznacza niezliczoną ilość miejsc historycznych, stanowisk archeologicznych, nowych dla naszych oczu widoków morza, sadów oliwnych czy pofałdowanych surowych wzniesień.

Nawet mi do głowy nie przyszło, aby pomyśleć o nurkowaniu. Na szczęście mój partner przeczytał takie ogłoszenie z jednej ze stron internetowych. Iskry mi się zapaliły w oczach od razu, jak o tym usłyszałam – przynajmniej tak sama sobie wyobrażam własną reakcję. Krótko mówiąc – napaliłam się! Jak dzieciak wybierający smaki lodów bez rodzicielskich ograniczeń, napisałam maila do firmy organizującej szkolenie z zamówieniem oferty na 2 nurkowania: pierwsze było dość płytko – dla nowicjuszy, a drugie dwukrotnie głębiej z wpłynięciem do jaskini. Jakie było moje zdziwienie, gdy odpisano mi, że zrobimy pierwsze nurkowanie, a później się zobaczy, czy oby na pewno będę chciała podejść do drugiego. Odpisałam, że spoko, ale pomyślałam: jak to – ja nie zrobię?? Przecież tak mocno chcę!!

Nadeszła wyczekiwana chwila. Niebo było wysokie i błękitne, morze piękne, a w oddali na horyzoncie pływały różnego rodzaju jachty, stateczki, barki i inne morskie stwory zmajstrowane przez cywilizację.


Była nas spora grupka: pięcioro początkujących i kilkoro starych wyjadaczy. Grupa była mieszana, ale wśród „starych wyg” dominowali Niemcy - bardzo sympatyczna grupka, która jako jedyna posiadała własny ekwipunek. Moje doświadczenie z Niemcami jest jak do tej pory pozytywne. Wysoko ich cenię jako ludzi posiadających zainteresowania i nie bojących się w nie inwestować. Wśród instruktorów przeważali Grecy, była również Polka – studentka, która co roku jeździła w to miejsce aby zarobić sobie trochę grosza pracując w jednym z hoteli. Podczas wyjazdów wyrobiła sobie uprawnienia i zmieniła zawód. Dobrze nam się rozmawiało, okazała się również bardzo dobrą instruktorką.

Po wypełnieniu formularzy odnośnie chorób, wyznaczeniu osoby, która ma dostać wiadomość o ewentualnym niewypłynięciu itp. przyszedł czas na wciśnięcie się w strój nurka. Ponieważ jest „gumowy” i obcisły, najlepiej robiło się to „na mokro”, czyli w wodzie. Później: założenie ciężarków na pas, kamizelka z butlą, mechanizm doprowadzający powietrze oraz gogle.

Pierwsza część polegała na wyjaśnieniu, jak działa sprzęt, jak się go używa oraz objaśnieniu podstawowego języka migowego nurków (np. jak pokazać, że chcesz na powierzchnię).
Zabawne, ile trudności przyniosło biorącym pierwszy raz udział dziewczynom naplucie w gogle (żeby nie zachodziły parą)!

Później pierwsza próba. I właśnie wtedy zrozumiałam, czemu nie można się z góry zapisać z na dodatkowe nurkowanie! Nauka odbywała się na początku na głębokości około 2 – 3 metrów, był z nami instruktor i kilka osób asekurujących. Pływali wokół jak rekiny, dynamicznie przemieszczając się od kadeta do kadeta, sprawdzając, czy oby wszyscy są nadal obecni nie tylko ciałem.

Moje pierwsze wrażenia były straszne. Nie bałam się tak ani wspinając się po ściance, gdy trzeba zaufać osobie trzymającej linę, ani przeciskając się przez szczeliny ciemnej i wilgotnej jaskini (zrealizowane z listy). Po raz chyba pierwszy w życiu poczułam klaustrofobię. Dopadła mnie świadomość, że jestem uwięziona w malutkim pomieszczonku, jakim jest strój nurka, a wokół napierają na mnie ściany wody. Jest to jedyne pomieszczenie skąpo dostarczające mi życiodajnego powietrza. Ciężko oddychałam sapiąc w maskę. Z trudem powstrzymywałam się przed odruchem zerwania jej z twarzy. A tymczasem nogi prowadziły mnie coraz głębiej w ślad za instruktorem, który co jakiś czas niewerbalnie pytał, czy wszystko dobrze. Nie chciałam rezygnować, ale natrętna myśl powracała: uduszę się, nie dam rady… I wtedy zaczęliśmy płynąć.


W części teoretycznej powiedziano nam, jaką pozycję należy przyjąć, żeby móc swobodnie oddychać. I nie była to przypisana człowiekowi przez ewolucję pozycja wyprostowana. Gdy płynęłam, skąpy dotąd mechanizm wentylacji zaczął wreszcie tolerować mnie w głębinach wodnych i łaskawie obdarzył w miarę normalnym oddechem. Wtedy zobaczyłam, jak jedna czy dwie osoby z grupy wypływają na powierzchnię, rezygnując z dalszej przygody. Nie dziwię im się, choć później było mi ich szkoda. Cała przyjemność miała się dopiero rozpocząć. W pewnym momencie przestałam zupełnie myśleć o oddychaniu, poczułam się świeża i lekka. Błękitna jasna woda delikatnie muskała mnie ze wszystkich stron, światło słoneczne przebijało się przez fale tworząc magiczną atmosferę. Z rzadka mijane ryby przepływały obok ignorując nas, jak byśmy tworzyli sąsiadującą ławicę. Wpłynęliśmy pod zacumowany stateczek. Obrazy karmiły moje wygłodniałe zmysły sutą ucztą kolorów i smakiem słonej wody. Cóż, trzeba było wracać, a ja dopiero zaczynałam się tym wszystkim delektować…

Oczywiście, krótki odpoczynek i drugie nurkowanie! Byłam jedyną osobą z grupy tych, co to był ich pierwszy raz. Nikt inny nie zdecydował się na drugie podejście. A przecież ten błękit, to światło… I obiecana jaskinia!

Tak, drugie nurkowanie to było TO przeżycie. Płynęłyśmy z instruktorką (Polka, o której wspomniałam) w kierunku ciemnej jamy. Początkujący nie mogą właściwie nurkować w jaskiniach, na to potrzebne są bardziej zaawansowane szkolenia i doświadczenie. Jednak ta jaskinia była malutka i raczej nie dało się w niej zgubić. Pewnie dlatego zaistniała taka możliwość. Cała była wypełniona wodą, miała ciemne, niemal czarne, poszarpane, ostre brzegi, pomiędzy którymi przepięknie, niczym perły, błyszczały pęcherzyki powietrza. Porastały je jakieś kolorowe ni to rośliny, ni to zwierzęta. Dla mnie to było jak eksplozja wrażeń, więcej na pierwszy raz nie potrzebowałam! W jaskini byłyśmy kilka minut, natomiast całe drugie podejście trwało około 50 minut. To było coś wspaniałego! Tak, złapałam bakcyla i chcę więcej! Dodatkowo odebrałam ciekawą lekcję, że warto przezwyciężać własne lęki, bo mogą one torować drogę do pięknego doświadczenia.

http://www.depthgame.com/fresh-blood

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz